Doskonale pamiętam moment zakupu pierwszego aparatu fotograficznego ( z perspektywy czasu jakże prymitywnego urządzenia ) i moje początki samodzielnego wywoływania zdjęć. Były to naprawdę magiczne chwile.
Po wykonaniu pierwszych fotografii przyszła kolej na wywołanie filmu. Zamknięty w zupełnej ciemności przełożyłem film z aparatu do koreksu. I tu pierwsze zaskakujące doznania – w zupełnej ciemności, kiedy oczy nic nie widzą, jakże wyostrzają się wszystkie pozostałe zmysły. Z łatwością po omacku odnajduje się wszystkie wcześniej rozłożone przedmioty, palce dłoni sprawnie rozpoznają kształty, wyczuwają najdrobniejsze szczegóły, tak że odpowiednie odcięcie końcówki wkładanego do koreksu filmu nie sprawia najmniejszych trudności. Po zamknięciu puszki koreksu można już śmiało zapalić światło i dalsze czynności wykonywać przy świetle dziennym.
Przygotowane wcześniej odczynniki chemiczne wlewa się po kolei do koreksu i odmierzając czasy poszczególnych etapów, ciągle delikatnie obracając szpulę wywołuje się film. Najpierw wywoływacz, potem przerywacz, utrwalacz i płukanie końcowe. Po trwającym około 45 minut wywoływaniu można już przy świetle dziennym wyjąć z koreksu film. I tu kolejne przeżycia… co z naszego pstrykania wyszło – na obślizgłej, mokrej taśmie można po raz pierwszy zobaczyć efekty fotografowania. Wszystko trzeba robić bardzo delikatnie, bo namoknięta warstwa emulsji fotograficznej łatwo może ulec uszkodzeniu. Mały negatywowy obraz pozwala pobieżnie zorientować się czy film został prawidłowo naświetlony, czy dobrze wykonaliśmy proces wywoływania, czy może jeszcze trzeba coś skorygować stosując dodatkowe procesy chemiczne. Samych detali obrazu fotograficznego jeszcze nie widać.
Po wysuszeniu filmu przechodzimy do dalszych czynności, czyli do uzyskania obrazu pozytywowego. Już nie trzeba przesiadywać w ciemności, wszystkie czynności możemy wykonywać w oliwkowym lub czerwonym świetle. Papier fotograficzny ułożony na maskownicy powiększalnika naświetlamy światłem żarówki fotograficznej, po czym przenosimy go do wywoływacza, gdzie delikatnie poruszając nim oczekujemy na pojawienie się pierwszych najmocniej naświetlonych detali. Początkowo nic się nie dzieje i nagle, stopniowo ciemniejąc pojawiają się … W przypadku portretu są to oczy osoby fotografowanej, które nieruchomo wpatrują się w nas, jakby pragnęły nas zahipnotyzować, a następnie stopniowo pokazują się pozostałe słabiej naświetlone detale uzupełniające cały obraz. Po wywołaniu odbitki wykonujemy pozostałe czynności, czyli utrwalanie, płukanie, suszenie i oprawianie lub wklejanie do albumu gotowego zdjęcia, by cieszyć się nim, co jakiś czas przeglądając i przywołując wspomnienia dawno zatrzymanych chwil.
Dzisiaj opisany pokrótce proces wywoływania zdjęcia przechodzi w zapomnienie. Producenci cyfrowych aparatów fotograficznych dają nam do ręki precyzyjne działające miniaturowe urządzenia wyposażone w szybkie procesory, które w ułamku sekundy, tuż po naciśnięciu spustu migawki pozwalają obejrzeć efekt. Jest to wygodne, szybkie i kolorowe, ale trochę pozbawiono nas magii, odebrano część emocji towarzyszących powstawaniu fotografii. Czy za parę lat będziemy mogli wspomnieć jak powstawało pierwsze zrobione przez nas zdjęcie? Ja do ostatnich chwil będę pamiętał to magiczne, hipnotyzujące spojrzenie, które pozostawiło swoje piętno na całe moje życie.
