Archive for Czerwiec 2011
Keith Emerson and The Nice Leave a comment
Królowie mórz… 3 Komentarze
MAGIA FOTOGRAFII ANALOGOWEJ 7 Komentarzy
Doskonale pamiętam moment zakupu pierwszego aparatu fotograficznego ( z perspektywy czasu jakże prymitywnego urządzenia ) i moje początki samodzielnego wywoływania zdjęć. Były to naprawdę magiczne chwile.
Po wykonaniu pierwszych fotografii przyszła kolej na wywołanie filmu. Zamknięty w zupełnej ciemności przełożyłem film z aparatu do koreksu. I tu pierwsze zaskakujące doznania – w zupełnej ciemności, kiedy oczy nic nie widzą, jakże wyostrzają się wszystkie pozostałe zmysły. Z łatwością po omacku odnajduje się wszystkie wcześniej rozłożone przedmioty, palce dłoni sprawnie rozpoznają kształty, wyczuwają najdrobniejsze szczegóły, tak że odpowiednie odcięcie końcówki wkładanego do koreksu filmu nie sprawia najmniejszych trudności. Po zamknięciu puszki koreksu można już śmiało zapalić światło i dalsze czynności wykonywać przy świetle dziennym.
Przygotowane wcześniej odczynniki chemiczne wlewa się po kolei do koreksu i odmierzając czasy poszczególnych etapów, ciągle delikatnie obracając szpulę wywołuje się film. Najpierw wywoływacz, potem przerywacz, utrwalacz i płukanie końcowe. Po trwającym około 45 minut wywoływaniu można już przy świetle dziennym wyjąć z koreksu film. I tu kolejne przeżycia… co z naszego pstrykania wyszło – na obślizgłej, mokrej taśmie można po raz pierwszy zobaczyć efekty fotografowania. Wszystko trzeba robić bardzo delikatnie, bo namoknięta warstwa emulsji fotograficznej łatwo może ulec uszkodzeniu. Mały negatywowy obraz pozwala pobieżnie zorientować się czy film został prawidłowo naświetlony, czy dobrze wykonaliśmy proces wywoływania, czy może jeszcze trzeba coś skorygować stosując dodatkowe procesy chemiczne. Samych detali obrazu fotograficznego jeszcze nie widać.
Po wysuszeniu filmu przechodzimy do dalszych czynności, czyli do uzyskania obrazu pozytywowego. Już nie trzeba przesiadywać w ciemności, wszystkie czynności możemy wykonywać w oliwkowym lub czerwonym świetle. Papier fotograficzny ułożony na maskownicy powiększalnika naświetlamy światłem żarówki fotograficznej, po czym przenosimy go do wywoływacza, gdzie delikatnie poruszając nim oczekujemy na pojawienie się pierwszych najmocniej naświetlonych detali. Początkowo nic się nie dzieje i nagle, stopniowo ciemniejąc pojawiają się … W przypadku portretu są to oczy osoby fotografowanej, które nieruchomo wpatrują się w nas, jakby pragnęły nas zahipnotyzować, a następnie stopniowo pokazują się pozostałe słabiej naświetlone detale uzupełniające cały obraz. Po wywołaniu odbitki wykonujemy pozostałe czynności, czyli utrwalanie, płukanie, suszenie i oprawianie lub wklejanie do albumu gotowego zdjęcia, by cieszyć się nim, co jakiś czas przeglądając i przywołując wspomnienia dawno zatrzymanych chwil.
Dzisiaj opisany pokrótce proces wywoływania zdjęcia przechodzi w zapomnienie. Producenci cyfrowych aparatów fotograficznych dają nam do ręki precyzyjne działające miniaturowe urządzenia wyposażone w szybkie procesory, które w ułamku sekundy, tuż po naciśnięciu spustu migawki pozwalają obejrzeć efekt. Jest to wygodne, szybkie i kolorowe, ale trochę pozbawiono nas magii, odebrano część emocji towarzyszących powstawaniu fotografii. Czy za parę lat będziemy mogli wspomnieć jak powstawało pierwsze zrobione przez nas zdjęcie? Ja do ostatnich chwil będę pamiętał to magiczne, hipnotyzujące spojrzenie, które pozostawiło swoje piętno na całe moje życie.
Fotografia analogowa (sentymentalny powrót do XX-go wieku). 5 Komentarzy
Robiąc porządki w szafie wziąłem do ręki swojego starego, wysłużonego Olympusa – analogową lustrzankę, która wiernie mi służyła przez prawie 35 lat. Aparat wspaniale ułożył się w dłoni i nagle naszła mnie ochota na zabawę starym sprzętem. W szufladzie znalazłem nienaświetlony film Kodaka i chociaż deklarowany przez producenta termin przydatności do użycia minął przed prawie ośmioma laty, zdecydowałem się na użycie go. Do aparatu włożyłem nowe baterie i ruszyłem w plener. Po pierwszym naciśnięciu na spust migawki usłyszałem charakterystyczny trzask i klapnięcie podnoszonego lustra, po czym winder przesunął ze świstem film na następną klatkę. Jakie było moje zdziwienie, gdy po zrobieniu zdjęcia odruchowo przechyliłem aparat do dołu, aby na tylnej ściance spojrzeć na podgląd wykonanej fotografii i… ujrzałem jedynie malutkie okienko z widokiem na brzeg kasety filmu, gdzie zobaczyć można było jaki film został założony do aparatu. Jak wyszło zdjęcie okaże się po wywołaniu filmu. Po wykonaniu kilku zdjęć przypomniały się dawne nawyki, aparat obsługiwało się komfortowo i fotografowanie sprawiało ogromną przyjemność. Znów powróciło rozumne fotografowanie, kiedy to przed naciśnięciem spustu migawki kilkakrotnie analizowało się dobór poszczególnych ustawień, staranne dobieranie kadru … i tylko po zrobieniu zdjęcia brakowało natychmiastowego podglądu. No cóż, trzeba się uzbroić w cierpliwość, poczekać dwa dni, aby oddać film do wywołania i zobaczyć efekty swojej pracy. Dodatkowo dochodziła niepewność co z tego wyjdzie, albowiem świadomie użyłem przeterminowanego filmu i to przechowywanego w szufladzie biurka, a nie jak kiedyś w specjalnym pojemniku w lodówce.
Zabawa ze starym aparatem była wspaniała, solidnie wykonany sprzęt dawał poczucie niezawodności i stwarzał duże możliwości twórcze. Nawet kupiłem nowy film i z pewnością w krótce znów powrócę do fotografowania aparatem analogowym, choć przyznam szczerze, że z ekonomicznego punktu widzenia trudno znaleźć na to uzasadnienie. Ceny dobrych filmów i usług za wywołanie oraz digitalizację zdjęć są niesamowicie wysokie ( za kilkanaście wywołanych i zeskanowanych filmów można dziś kupić średniej klasy kompaktowy aparat cyfrowy), a na samodzielne wywoływanie i przesiadywanie w ciemni nie bardzo starcza czasu i brakuje ochoty, chociaż… kto to wie ![]()
